
WYPADKI CHODZĄ PO LUDZIACH
Tak, tak.
Wpadłam niedawno w Brukseli na koleżankę z ... konnego obozu sportowego w Pińczowie. Warto dodać, że miałam 13 lat, jak w nim uczestniczyłam.
Nie wiem, jakim cudem żesmy jedna drugą rozpoznały, ale się udało. Może dlatego, że obie jestesmy typami, które raczej zapadają w pamięć. Khe, khm. No i mieszkałysmy razem w pokoju. Hihihihi.
Wylądowałysmy ostatecznie na kawie. To znaczy, na soku z mango i arbuza. I, jak to mawiają, żesmy se pogadały. Wcale nie o starych, dobrych czasach, bo dla Oli ów obóz sportowy zakończył się traumatycznymi przeżyciami związanymi z końmi a dla mnie czteroletnią konną przygodą.
Ola, po studiach w Londynie, trafiła do brukselskiego oddziału Friends of the Earth i z ogromną pasją opowiadała mi o REACHu, który opracowali i który ostatecznie przyjął w zeszłym tygodniu Parlament Europejski. Nie pamiętam o czym z pasją opowiadałam ja, ale ostatecznie rozmowa zeszła na Brukselę i Belgię. Oczywiscie.
I tak siedziałam sobie na przeciwko niej, słuchałam i doszłam do wniosku, że może i przebywamy w tym samym miescie od jakiegos już czasu, ale znamy zupełnie inne dwa. Dwa miasta. I kraje.
Ola obraca się w swojej, jakże z resztą przyjemnej, bańce mydlanej międzynarodowych urzędników i funkcjonariuszy.I od początku swojego pobytu w Brukseli, to jest od kwietnia 2005, poznała...jednego Belga. Który z resztą jest jakims tam asystentem gdzies tam.
Ola była zaskoczona, jak się ode mnie dowiedziała, że Belgia jest federacją. I że Bruksela to, przede wszystkim, stolica Flandrii. Ola twierdzi, że w Brukseli co prawda dobrze się pracuje, ale że to takie nudne i brzydkie miasto.
Pewnie, cooorvah mutch, że brzydkie. Oli nigdy się nie chciało sprawdzić, co jest za rogiem ulicy, przy której mieszka. A jest tam prawdziwa brukselska cafe z XIX wieku. Ze stolikami z giętego metalu, secesyjną ceramiką na scianach, rzeżbioną balustradą przy krętych schodach i oknami z kolorowego szkła.

I Ola zapewne nigdy nie pomyslała, żeby przejsć się do informacji turystycznej i z ulotką o "art nouveau" odszukać wsród setek szarawych budynków, secesyjnych kamieniczek o okrągłych balkonach i misternie plecionych, rzeżbionych okuciach nad drzwiami. I pewnie nie przyszło jej do głowy, że Horta, to cos więcej niż nazwa stacji metra, na której co dzień wysiada.
Jak zaprowadziłam ją do kafejki, gdzie "do kotleta" a raczej "do lait russe" odbywają się przedstawienia teatrzyku kukiełkowego, Ola stwierdziła tylko "wow".
I ja jej za to absolutnie nie winię. Szkoda tylko, że to opinia takich jak Ola jest najbardziej rozpowszechniona.
Poza tym, stałam w poniedziałek rano przed wejsciem do Parlamentu Europejskiego i czekałam, aż Anja załatwi dla mnie obowiązkowy "badge", żeby mnie wpuscili. Stałam i przyglądałam się wędrówce ludów:
dziesiątki ludzi wysiadały z walizkami z taksówek, autobusów z lotniska i pociągów. I razem z tymi walizkami te dziesiątki ładowały się prosto do Parlamentu rozpocząć nowy tydzień pracy. Po to, by w piątek rano, a najpóżniej popołudnie, załadować się znów do taksówek, autobusów na lotnisko i pociągów i powrócić na weekend do rodzinnych państw i miast. Jak oni mają to miasto docenić? Pewnie nawet nie próbują. Bo i po co. W Brukseli się pracuje a nie żyje i mieszka.
Otóż, proszę Państwa, żyje się i mieszka. Całkiem miło i normalnie.

Tak własnie sobie pomyslałam siedząc w grupie 15 młodych, rozesmianych Belgów, którzy żegnali wyjeżdżającego na Erazmusa Benjamina.
I nawet jesli wyląduję kiedys wewnątrz tej mydlanej bańki, to przynajmniej będę wiedzieć, co zostało na zewnątrz. O.

5 Comments:
No to po powrocie do kraju mozesz zebrac to, co tu napisalas, zlozyc w calosc, zgrabnie polaczyc i do wydawnictwa! :) Masz dar dziewczyno!!!
No. Warszawa też jest niby brzydka, a proszę. Sama wiesz, jak tu się doskonale mieszka i jak idiotycznie pracuje.
Na szczęście, Ula, są jeszcze tacy ludzie jak Ty.
wow. Michal, widze, ze sobie ostrzysz na mnie swoj tepy dowcip...Chyba, ze znow probujesz byc mily a ja wesze podstep...
Polot i zadecie godne braw
Prześlij komentarz
<< Home