wtorek, styczeń 24, 2006

There's an orchestra in me
Playing endlessly
I even hear it now
They play in the devil's key
An endless symphony
I even hear it now
And I listen to music
Beautiful music...
1.
Sekretarzem ISTI jest Stephen.
Lat: około 30.
Cechy charakterystyczne: wredny, z pudełkiem żelu na głowie, za dużym ego i poważnymi przejawami seksualnej desperacji.
Miałam mieć egzamin ustny z literatury u doktor Żaby więc wbiłam się po raz pierwszy w jedyną kieckę, jaką mam ze sobą, strzeliłam staranny makijaż i wpasowałam moją podręczną mleczarnię w białą koszulę.
Po czym doktor Żaba się rozmysliła i nie zważając na moje wysiłki, zrobiła nam egzamin pisemny. Musiała ukrasć dla nas z sekretariatu długopisy i papier, bo oczywiscie nikt nic nie miał ze sobą.
Po egzaminie, stoję sobie sama na parterze i zakładam kurtkę. Zawijam szyję szalikiem, bo mrozi jak nigdy ( -2 na termometrze, poważna sprawa ) i starannie nasuwam rękawiczki. Nagle słyszę za plecami:
- Oh, bejbe!
I widzę Stephena, który zatrzymuje się bezczelnie w pół kroku i taksuje moje nogi od stóp aż do miejsca, gdzie ( w końcu ) znikają pod spódnicą. Szlag mnie trafia, ale się nie oddzywam. Stephen podejmuje marsz żywym krokiem w kierunku następnego korytarza. Idzie. Tuż przed wejsciem w korytarz odwraca głowę. Znowu gapi się na moje nogi. Po czym, jak w kiepskiej komedii, włazi prosto w szklane drzwi a wielka metalowa klamka wbija mu się prosto w oko.
- Kurwa - reaguje Stephen nad wyraz inteligentnie.
Zataczałam się ze smiechu przez następny kwadrans.
*****
2.
Jadę sobie autobusem numer 71 i słucham mp3, które na odtwarzacz wrzucił mi Julien. Straszne korki. Szybciej byłoby piechotą, ale mi się nie chce. Obok mnie siedzi przesliczny chłopaczek o skórze w kolorze mlecznej czekolady. Krótkie włoski, zabójczy usmiech. Beżowy kożuszek i błękitna koszula. Pachnie najnowszym Emporio Armaniego. Cudeńko.
Gapię się w okno i słucham uparcie kawałka "Herbaliser" wytupując sobie rytm nogą. Nagle czuję jak do mojej dołącza się noga chłopaczka.Pewnie słyszy przez słuchawki.
Tupiemy tak sobie chwilę razem aż nagle słyszę w słuchawkach:
"Suck, cock, prick, fuck are not bad words". Zaczynam smiać się praktycznie w głos. Na twarzy chłopaczka wykwita bielusieńki, równy jak od linijki usmiech i czarne oczka zaczynają mi się uważnie przyglądać. Zerkam na niego ukradkiem i dalej sobie tupiemy.
- Mam na imię Samuel, Sam. Nie dałabys mi swojego numeru? Poszlibysmy na jakas kawe?
Mysle, mysle. Usmiecham się najbardziej uroczo jak tylko potrafię.
- Ok. A jestes pewien, że zadzwonisz?
- Zadzwonię na pewno.
- 02 224 443 34. Pytaj o Nathalie.
- Spadam. Do usłyszenia.
Puszcza do mnie oko i wysiada w pospiechu na tzw. brukselskim Matonge.
Ciekawe, co mu powie Stephen jak zadzwoni do sekretariatu i zapyta o jego 200-kilogramową czarną jak smoła wspołpracowniczkę??
Czy życie nie jest bardziej absurdalne niż najbardziej kiepska z komedii klasy C ??

4 Comments:

Blogger jacuzz said...

och ty. och. och. ta podłość to rodzinna przypadłość chyba.
Ale następnym razem służę telefonami do paru ulubionych koleżanek. u mnie to też rodzinne.

10:35 PM  
Blogger Ula la said...

spoko. sama mam numer mongola Romanka.

11:07 PM  
Blogger jacuzz said...

czytasz mi w myslach

4:25 PM  
Anonymous michal said...

Oh, jakie to podłe.

5:24 PM  

Prześlij komentarz

<< Home