czwartek, styczeń 12, 2006

Sesja, czyli stan klęski żywiołowej

Przez mój mały mikrokosmos przetacza się własnie katastrofa naturalna. I o ile nie jest to huragan Kathrina, o tyle siła niszcząca owej katastrofy jest co najmniej Kathrinie równa...
Jako prezydent mojego małego swiatka, ogłosiłam własnie stan klęski żywiołowej i mobilizuję wszystkie zasoby energii - w tym i tej pozytywnej - aby ten czas próby jakos przetrwać. I ograniczyć szkody i zniszczenia.

La priorité - limiter les dégats !!!
Sesja.
Nigdy nie podchodziłam do niej jakos specjanie poważnie - wtedy, na Kicu odbywały się przecież najlepsze imprezy. Zawsze miałam podejscie pod hasłem: trzeba po prostu to paaaskudztwo zaliczyć. I z pomocą sił wyższych i szczęsliwej gwiazdy, która głupich nie opuszcza, jakos tam się wszystko zaliczało.

Na ISTI są własciwie same egzaminy praktyczne. Zwłaszcza w sekcji ustnej, bo w pisemnej sprawy się komplikują. Ale mnie to, na szczęscie, nie dotyczy. Dotyczą mnie natomiast egzaminy dla Erazmusów, do których cos tam zawsze wypada zrobić, żeby nie wyjsć na totalnego głąba. No więc cos tam robię. Nie wkładam w to specjalnie serca, bo Erazmusi i tak traktowani są jak uposledzeni umysłowo i fizycznie. Tak więc moja sesja jest jedynie radosnym przedłużeniem przerwy swiątecznej.
Rzecz ma się inaczej dla moich współlokatorów. Moi współlokatorzy studiują bowiem na elitarnych kierunkach elitarnego uniwersytetu ULB, uczelni o frankomasońskim rodowodzie. Ale to akurat jest nieważne. Ważne jest to, że mają teraz sesję i jak na prawdziwych studentów przystało nie dotknęli przedtem żadnej ksiązki. Co więcej, na zajęcia chadzali raczej z rzadka, bo każdy przy okazji odbywał jakis obowiązkowy staż. Grunt, że mają po około 6 egzaminów w mniej więcej trzydniowych odstępach czasu. Co gorsza, do każdego z tych egzaminów jest sylabus - cos w rodzaju naszych skryptów, tyle, że redagowanych przez odpowiednich wykładowców. Każdy z tych sylabusów ma przeciętnie 220 stron napisanych językiem, którego nikt nie rozumie - takim absolutnie zakręconym akademickim dyskursem, który komplikuje rzeczy najprostsze i zaprzecza sobie samemu przeciętnie co dwie strony.
Tak oto, razem z sesją, mały mikrokosmos mojego Kota ogarnęła czarna rozpacz, panika i całkowity chaos. Wszystko jest w stanie rozkładu.
Po schodach, kuchniach i łazienkach snują się blade postaci w nieodłącznych piżamach i nocnych koszulach z wyblakłymi napisami ( w takich strojach wszystko szybciej wchodzi do głowy ), o na wpół przymkniętych powiekach, przygarbionych plecach i w nastrojach co najmniej pogrzebowych.
Maszynki do kawy nie nadążają z parzeniem smoliscie czarnej kawy i rozgrywają się nad nimi regularne wojny nerwów i wrogich spojrzeń.
Marie popłakała się wczoraj, jak ją Lau poprosiła o zmycie garnka po zupie. Biedna Marie chlipała pół godziny, że Lau na nią krzyczy. Co oczywiscie było nieprawdą. A potem położyła się krzyżem na progu swojego pokoju twierdząc, że tam nie wejdzie, bo w pokoju straszy białymi kartkami, które tylko czyhają na okazję, by ją ugryźć.
Lau biega jak pierdolnięta w tą i z powrotem po schodach między piętrami, trzaska drzwiami, spiewa fałszywym dyszkancikiem nieprzyzwoite piosenki, smrodzi wszędzie papierosowym dymem i pracuje jak odkurzacz: wciąga do otworu gębowego wszystko, co wygląda na nadające się jeszcze do spożycia.
Elo chodzi trzymając się scian, w obawie, że - cytuję - pierdolnie jak tylko opusci ręce. Twarz ma koloru niebieskiego i nie powiem, żeby jej było do twarzy.
Nath znalazła niezawodny sposób na oszczędzenie czasu: postanowiła nie myć się w przerwach między egzaminami. Za to wietrzy. Dobrze, że pogoda jest naprawdę ładna, inaczej nie pokusiłabym się o przekroczenie progu jej pokoju...Siedzi stale nad swoim Apple, na który z uniwersyteckiej sieci posciagała częsć niezbędnych materiałów i wpatruje się w ekran nieco otępiałym wzrokiem. Pukam do niej wczoraj:
- Puk, puk.
- Taaak??
- Czesć, Nath. Jak ci idzie??
- Ula, czy sądzisz, że jak skończę to piwo, to lepiej zrozumiem związki pomiędzy aktualnym rozmieszczeniem potomków plemion celtyckich na kontynencie a rewolucją przemysłową w XIX wieku?
- Yyyy. Nie wiem, Nath. Ale trzeba wierzyć...
- A czy to jest jadalne? - zapytała podnosząc paczkę surowego makaronu.
- Nath, może bys to ugotowała?
- Nie mogę. Nie mam czasu. Muszę to zjesć tak, jak jest. Nawet daję radę.
- Aha. To powodzenia.
- Dzięki - odpowiedziała Nath wpatrując się w ekran i wpychając sobie do ust kawał surowego makaronu spaghetti.
Tylko Vincent zachowuje całkowity spokój i pogodę ducha. Pewnie dlatego, że powtarzał już każdy rok akademicki a na czwartym jest po raz pierwszy, więc i tak liczy się z tym, że go będzie repetował. Próbuje przyswoić sobie materiał z prawa cywilnego, ale nie wiem jak bardzo pomaga mu w tym leżenie na plecach i gapienie się w sufit. Chyba, że cos na nim wyswietla, a ja nie widzę, bo ultrafioletem...Za to niebieska piżama w paski, z którą nie rozstaje się już kolejny dzień nadaje mu wygląd bardzo wiarygodny. Zupełnie jak mojemu dziadkowi, kiedy udaje, że ma grypę...
Tak więc atmosfera w Kocie nie sprzyja, jak widzicie, rozrywce w najmniejszym stopniu...
Dlatego zarządziłam własną ewakuację...Próbuję więc ograniczyć spędzany tam czas, ale różnie z tym bywa. Za to obserwacje natury socjologiczno-antropologicznej są absolutnie fascynujące...

2 Comments:

Anonymous michal said...

Napisz coś nowego Uuuulaaaa...

12:24 PM  
Blogger Ula la said...

Gorzeeej mi - zawiodlo zlowieszczo drzewo o murzynskich wargach...

6:43 PM  

Prześlij komentarz

<< Home