czwartek, styczeń 05, 2006

HOMEY,
czyli jak bardzo pojęcie "dom" jest rzeczą umowną



Londyński autobus nr 38 powinien zostać nazwany linią turystyczną. Naprawdę. Przejeżdża przez kawał miasta - od scisłego centrum aż po dosyć zapyziałą dzielnicę Clapton, gdzie jak przed wojną na polskich Kresach rządzą chasydzcy żydzi.
Na trasie przejazdu autobusu nr 38 znajduje się poza tym cała gama punktów turystycznie strategicznych: Victoria Station ( khe, khym ), St James' Park, Buckingham Palace, Piccadilly Circus itp., itd.
Siedziałam sobie cierpliwie w tymże autobusie i oglądałam Londyn przez szybę usmiechając się na wspomnienie moich po miescie wędrówek. Siedziałam sobie w ciepłym wnętrzu autobusu, silnik mruczał uspokajająco i języki z każdego zakątka swiata mieszały mi się w uszach. A za szybą padał deszcz. Punkty w lekkiej oddali spowijała szara mgła i Londyn chyba nigdy nie wyglądał bardziej londyńsko.
Na kolanach rozłożony miałam "The Hitch Hiker's Guide to the Galaxy" i usiłowałam rozwiązać dylemat: skupić się na lekturze, czy na wyglądaniu przez okno? W efekcie nie potrafiłam skupić się ani na jednym ani na drugim. W pewnym momencie opusciłam jednak wzrok na otwartą na moich kolanach książkę i uderzyła mnie dziwna mysl.
Po co tworzyć sztuczne swiaty, szukać atrakcji na odległych gwiazdach i planetach, czytać o kosmicznych statkach i równie kosmicznych nieporozumieniach skoro swiat dokoła jest tak fascynujący? Po co wymyslać i udziwniać skoro samo życie pisze najbardziej zaskakujące i barwne scenariusze? No, po co? Hm?
A potem zrobiłam rachunek sumienia i sama odpowiedziałam sobie na to pytanie.
Mnie po prostu nie do końca wygodnie jest w rzeczywistosci. Nie czuję się jej częscią. Nie rozumiem jej. Czasem mnie zachwyca. Czasem przerasta. Czasem przeraża. A czasem wyrzuca na margines, w swiat moich własnych urojeń, w którym oczywiscie wygodniej mi niż w rzeczywistosci taką, jaka ona jest.

A może to tylko deszcz i londyńska mgła?


Przygotowywałam się do wysiadki na dworcu Bruxelles Midi i kiedy mój współtowarzysz podróży usłyszał, że wzdycham pod nosem "Home, sweet home", rozesmiał się w głos.
Zabawne, jak do pewnych rzeczy człowiek szybko się przyzwyczaja.
Zabawne jak człowiek, który od kilku lat peregrynuje po rozmaitych lokalach i dzielnicach Wawy a teraz i trochę dalej, zaczyna po zaledwie kilku tygodniach nazywać "domem" miejsce, w którym stoi jego łóżko.
Zabawne i przerażające.
Na dworcu moje uszy połaskotał znajomym brzmieniem język francuski i naprawdę poczułam się u siebie.
Szkoda tylko, że na powitanie w tym "u mnie" hanibnie mnie okradziono. W tramwaju numer 90 relacji Gare du Midi - Metro Rogier.
Moja mama usłyszawszy tę wiadomosć rzekła tylko: "Pewnie na dodatek jakis Polak."
Hahaha.
Jakie to, niestety, prawdopodobne.