Bracia Słowianie

Wybrałam się do kina. Znów. Nie byłoby w tym nic niezwykłego a jednak...
Ponieważ znów dokuczał mi kac a trailery wyglądały zachęcająco...no i jeszcze ze względu na długie godziny w chorobie, które umilał mi jedynie komisarz Maigret, tym razem wybrałam się na, tak zwany, film kryminalny. A raczej policyjny.
Ogólnie rzecz biorąc, film bardzo mi się podobał, bo nie był zwykłą sieczką w swoim gatunku. Można by wręcz rzec, że daleko wykraczał poza swój gatunek: intryga była ciekawa i zaskakująca, mimo, że od początku wiadomo, kto zabił. Trup wcale nie scielił się za gęsto ( no, powiedzmy, w granicach dobrego smaku ) a postaci miały pogłębioną psychologię i niebanalne motywy działania.
Tak więc wcale nie żałuję, że "Le petit Lieutenant" obejrzałam. I nawet tych 7 euro nie żałuję. Ale, przyznaję, miałam poważny moment kryzysu, kiedy aż mnie podniosło z krzesła i chciałam skierować się ku wyjsciu. I to nie dlatego, że film nawalał. O nie. Uniosły mnie z fotela pobudki czysto patriotyczne.
Już się tłumaczę.
W mniej więcej dziesiątej minucie filmu, na policyjny komisariat w Paryżu przyprowadzają rzeźimieszka, który awanturował się w barze. Policjanci próbują zmusić go do badania alkomatem. A to nie jest takie proste.
Rzezimieszek okazuje się nielegalnie przebywającym w ojczyźnie Moliera bezdomnym o swojsko brzmiącym nazwisku Andrzej Wałęsa. W wersji francuskiej: Andre Walesa - no żesz, cholera, najbardziej znane polskie nazwisko na obczyźnie. Ów Wałęsa bluzga z miejsca paryskich policjantów czystą polszczyzną. Najlepiej słyszalna kwestia brzmi mniej więcej tak:
- Kurwa, ja ci zaraz nadęty skurwysynu zapierdolę i kurwa wszystkie zęby jebańcu powybijam !!!
Mam powody, by przypuszczać, iż Wałęsą był autentyczny polski naturszczyk debiutujący we francuskim kinie. Żaden Polak wychowany na obczyźnie nie jedzie tak pięknie slangowo...
Na dodatek, biedny Walesa ma tylko 2 promile w wydychanym powietrzu. Więc co się, coooorvah mutch, czepiają?!
Mało tego. Chłop najwyraźniej nie ma w życiu szczęscia,bo zostaje zamordowany. I tak oto dzielni francuscy policjanci wpadają na trop morderczej, rosyjskiej mafii, która programowo składa się z byłych żołnierzy Matuszki Rosiji teraz trudniących się nielegalnym handlem bronią z Czeczeńcami...
Może to i pocieszające, że Polaczkowie to tylko drobni przestępcy i masa bezdomnych karmiona francuską zupą na wieprzowinie w jadłodajniach swiętego Alberta, podczas gdy nasi bracia Słowianie zza Uralu okazują się naprawdę ciężkim kalibrem ??? Może. Ale nie czuję się pocieszona.
Stereotypy, stereotypy. Tylko jakże, kurwa, zgodne z francusko-belgijską rzeczywistoscią obserwowaną na co dzień !!!
A film polecam.
Warto go obejrzeć dla głównej bohaterki, którą jest nękana egzystencjalnymi problemami pani komisarz...i dla paru przystojnych policjantów w policyjnie niebieskich trampkach i o pięknie rzeźbionych torsach. No i jeszcze dla tej sceny, gdzie podczas gdy pani komisarz i tytułowy bohater stoją nad Sekwaną i jarają zioło w poczuciu wspólnoty, przechodzący dres ostrzega ich, że za rogiem jest komisariat...I jeszcze dla paru innych scen też...

3 Comments:
Ula, już wiem, czemu masz mało komentarzy i mój teraz jest pierwszy! Ja się już drugi dzień zbieram, przeczytałem Twój post dwa razy i nadal nie wiem co napisać. Inni też tak mają, prawda? Po prostu, kiedy Ty napiszesz, to nic dodać, nic ująć.
wazelina. hehehe.
??? tyle to i ja wiem !!!
Prześlij komentarz
<< Home