Mysli nieuczesane
Mój mózg ma urlop. Nieczynne. Normalnie zamknięte. I nic nie mogę na to poradzić. Nawet sen nie działa. Mój sen zepsuł się jak spłuczka w kiblu. I cieknie tylko smętną, przerywaną strużką zamiast chlusnąć raz a dobrze porządnym strumieniem.
Mój mózg jest na wakacjach. A może jeszcze w nim szelesci ten pieprzony wirus grypy. A może zmęczył go nadmiar wrażeń i w ramach przerwy urlopowej funduje mi moment otępienia. To dlatego ten post jest i pozostanie bezładny. Chaotyczny i niepozbierany, wewnętrznie sprzeczny i rozdarty jak autorka. Jak autorka zmęczony i jak ona mimo wszystko pozytywny w ogólnej wymowie. Wybaczcie.
Kocham małe miasteczka
Raz do roku. I przez weekend. Hehehe. Ale kocham.
Kiedy zaprosiły mnie do siebie moje cudowne żabojady, nie cieszyłam się wcale, że jadę ich zobaczyć. Cieszyłam się, że jadę do Paryża. Do Paryża. Tego miasta, które tak bardzo zdążyłam pokochać spędziwszy w nim jeden wakacyjny miesiąc.
Z perspektywy czasu widzę jednak, że z wyjazdu do Paryża nic nie wyszło. To znaczy wyszło, bo dotarłam do niego, zlazłam wzdłuż i wszerz. W ten fantastycznie słoneczny grudniowy poranek przypomniałam sobie znajomy zapach siedzeń z niebieskiego skaju w rozklekotanych wagonach metra, zakręcone linie znaków Metropolitan, co wiodą prosto w paszczę zawiłych podziemnych korytarzy, złosć na wszędobylskich i wszechobecnych turystów, którzy w pewnym momencie przestają jednak wkurzać i zaczynają rozczulać, nieprzyjazne gęby czarnych emigrantów przekonanych, że twoja biała twarz jest dowodem na toczący cię od wewnątrz rasizm i wiecznie palących szlugi sfrustrowanych policjantów, co szukają byle pretekstu, by móc wydrzeć na kogos ryja.
Jednak wbrew moim oczekiwaniom to nie Paryż stał się gwoździem i głównym punktem tego wyjazdu. Stały się nim moje żabojady. Małe fancuskie miasteczka. I pociąg, i dworzec.
Żabojady: bo przyjęli mnie jak rodzinę, jak starego przyjaciela, dla którego zawsze znajdzie się miejsce przy stole, swieża posciel w pokoju z kominkiem, futrzane kapcie i dodatkowa butelka chablis w piwniczce.
Małe miasteczka: bo powitały mnie rodzinną atmosferą, gdzie mer i proboszcz znają wszystkich po imieniu a każdy z nich, z miną dobrego gospodarza oprowadził mnie jak honorowego goscia po rynku i kilku najważniejszych zabytkach położonych w oszałamiającej odległosci pięciuset metrów od siebie.
Bo obudził mnie skrzek sroki w ogródku o poranku. Bo nocą na autentycznie czarnym niebie widać było gwiazdy. Nie dwie i nie trzy. I nie ruchome, które w dużych miastach okazują się swiatłami lądujących samolotów, ale całe dziesiątki i setki - aż po sam horyzont - prawdziwych, nieudawanych gwiazd.
Pociąg i dworzec: bo przypomniały mi jak bardzo podróżowanie jest czekaniem. I jak czekanie jest istotą podróżowania. I jak istota podróżowania jest czasem, co nie daje zapomnieć o tym, kto tu tak naprawdę rządzi. A rządzi on. Nie ty. I nie ja. Czas.
Pociąg i dworzec, bo przypomniały mi, że życie to przecież podróż. I jak bardzo kocham tę moją podróż przez życie. To życie, co jak pudełko czekoladek nie daje przewidzieć,na który z gamy dostępnych smaków trafisz w danej chwili.
A teraz jestem zmęczona.
Siedzę po turecku oparta o żółtą jak kurczak scianę mojego pokoju i oddycham głęboko próbując rozwiązać dylemat:
czy na bożonarodzeniowy wyjazd do Bristolu kupić podróżną torbę czy walizkę?
I takich własnie problemów Wam i sobie życzę na nadchodzący rok kolejnych 365 czekoladek.
Mój mózg ma urlop. Nieczynne. Normalnie zamknięte. I nic nie mogę na to poradzić. Nawet sen nie działa. Mój sen zepsuł się jak spłuczka w kiblu. I cieknie tylko smętną, przerywaną strużką zamiast chlusnąć raz a dobrze porządnym strumieniem.
Mój mózg jest na wakacjach. A może jeszcze w nim szelesci ten pieprzony wirus grypy. A może zmęczył go nadmiar wrażeń i w ramach przerwy urlopowej funduje mi moment otępienia. To dlatego ten post jest i pozostanie bezładny. Chaotyczny i niepozbierany, wewnętrznie sprzeczny i rozdarty jak autorka. Jak autorka zmęczony i jak ona mimo wszystko pozytywny w ogólnej wymowie. Wybaczcie.
Kocham małe miasteczka
Raz do roku. I przez weekend. Hehehe. Ale kocham.
Kiedy zaprosiły mnie do siebie moje cudowne żabojady, nie cieszyłam się wcale, że jadę ich zobaczyć. Cieszyłam się, że jadę do Paryża. Do Paryża. Tego miasta, które tak bardzo zdążyłam pokochać spędziwszy w nim jeden wakacyjny miesiąc.
Z perspektywy czasu widzę jednak, że z wyjazdu do Paryża nic nie wyszło. To znaczy wyszło, bo dotarłam do niego, zlazłam wzdłuż i wszerz. W ten fantastycznie słoneczny grudniowy poranek przypomniałam sobie znajomy zapach siedzeń z niebieskiego skaju w rozklekotanych wagonach metra, zakręcone linie znaków Metropolitan, co wiodą prosto w paszczę zawiłych podziemnych korytarzy, złosć na wszędobylskich i wszechobecnych turystów, którzy w pewnym momencie przestają jednak wkurzać i zaczynają rozczulać, nieprzyjazne gęby czarnych emigrantów przekonanych, że twoja biała twarz jest dowodem na toczący cię od wewnątrz rasizm i wiecznie palących szlugi sfrustrowanych policjantów, co szukają byle pretekstu, by móc wydrzeć na kogos ryja.
Jednak wbrew moim oczekiwaniom to nie Paryż stał się gwoździem i głównym punktem tego wyjazdu. Stały się nim moje żabojady. Małe fancuskie miasteczka. I pociąg, i dworzec.
Żabojady: bo przyjęli mnie jak rodzinę, jak starego przyjaciela, dla którego zawsze znajdzie się miejsce przy stole, swieża posciel w pokoju z kominkiem, futrzane kapcie i dodatkowa butelka chablis w piwniczce.
Małe miasteczka: bo powitały mnie rodzinną atmosferą, gdzie mer i proboszcz znają wszystkich po imieniu a każdy z nich, z miną dobrego gospodarza oprowadził mnie jak honorowego goscia po rynku i kilku najważniejszych zabytkach położonych w oszałamiającej odległosci pięciuset metrów od siebie.
Bo obudził mnie skrzek sroki w ogródku o poranku. Bo nocą na autentycznie czarnym niebie widać było gwiazdy. Nie dwie i nie trzy. I nie ruchome, które w dużych miastach okazują się swiatłami lądujących samolotów, ale całe dziesiątki i setki - aż po sam horyzont - prawdziwych, nieudawanych gwiazd.

Pociąg i dworzec: bo przypomniały mi jak bardzo podróżowanie jest czekaniem. I jak czekanie jest istotą podróżowania. I jak istota podróżowania jest czasem, co nie daje zapomnieć o tym, kto tu tak naprawdę rządzi. A rządzi on. Nie ty. I nie ja. Czas.
Pociąg i dworzec, bo przypomniały mi, że życie to przecież podróż. I jak bardzo kocham tę moją podróż przez życie. To życie, co jak pudełko czekoladek nie daje przewidzieć,na który z gamy dostępnych smaków trafisz w danej chwili.
A teraz jestem zmęczona.
Siedzę po turecku oparta o żółtą jak kurczak scianę mojego pokoju i oddycham głęboko próbując rozwiązać dylemat:
czy na bożonarodzeniowy wyjazd do Bristolu kupić podróżną torbę czy walizkę?
I takich własnie problemów Wam i sobie życzę na nadchodzący rok kolejnych 365 czekoladek.

3 Comments:
sama sobie zostawiam komentarz, bo juz normalnie na nikogo nie mozna liczyc. buuuuu.
Ula!
Przemek juz o niczym innym nie mowi, tylko Ula to i Ula tamto (Ula przyjezdza na swieta - u know!)... Musze przyznac piszesz jak bohaterka ksiazki, ktora lubi sie od pierwszej chwili i chce sie sledzic jej przygody przez wiele rozdzialow i tomow.
Mam nadzieje ze bedziemy mialy okazje sie poznac, wiem ze Przemek to juz planuje.
Wiec na razie wesolych Swiat!
I pisz, pisz, pisz - tak by te Twoje "felietony i obserwacje" wygladaly swietnie w dobrej gazecie lub ksiazce (czy pomyslalas o tym zeby to publikowac? Carrie Bradshow nie pisala lepiej od Ciebie a publikowal sie w Vogue, oh pardon, to fikcyjna bohaterka! ale pomimo to, Ty piszesz lepiej!).
Dorota
Wesołych Świąt, szczerze szczerze, tak jak szczerze wszelkich świąt nie lubię. Ty wuajażerko.Kurde. Normalnie całe sczzęście, że do Rumunii się wybieram, bo bym Ci może nawet zazdrościła.
Buzia.
Prześlij komentarz
<< Home