KTOS MUSI BRUDZIĆ, ŻEBY SPRZĄTAĆ MÓGŁ KTOS
Strajkuję. Zawiązałam jednoosobowy związek zawodowy i strajkuję. Jedno jest pewne: nie jest to strajk głodowy. O nie... Ale ciągle strajk.
Chociaż może lepsze byłoby stwierdzenie, że prowadzę bierny opór. Bierny opór wobec domowego terroru, który ma tutaj miejsce. Domowa przemoc psychiczna. Przemek – terrorysta.
Posprzątać. Poodkurzać. Zmienić pościel. Schować ciuchy do szafy. Dosunąć szufladę, bo majtki wystają. Pozmywać. Wsawać, bo już ósma i kury pieją.
Spoko. Spoko.
No dobra. Ma rację. Jestem bałaganiarą. Chaos to mój stan naturalny. I może przeszkadzać. Rozumiem. Ja wszystko rozumiem. I odrobina mobilizacji jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A mnie zwłaszcza. Ale co on będzie sprzątał jak wyjadę?
Ktoś musi brudzić, żeby sprzątać mógł ktoś !!!
I im bardziej biedak się krząta, im większy robi problem, tym mi gorzej. Tym bardziej strajkuję. Ogarnia mnie niemoc i wzrasta mój bierny opór. Do rozmiarów, o które bym się w życiu sama nie podejrzewała.
Kimże ja w końcu jestem w porównaniu z Marie, u której w pokoju kwitną opakowania po dawno zapomnianych czipsach? W porównaniu z Groszkiem, za którym pełzała patelnia żebrząc, by sobie o niej przypomniał w miesiąc po tym, jak robił na niej jajecznicę? W porównaniu z Basią, która dopóki nie potknęła się o stertę śmieci na środku pokoju, nie wiedziała, że trzeba by ją chociaż przesunąć? Z Vincentem, do którego nigdy nie mam odwagi wybrać się w samych kapciach, bo podłoga przypomina pole minowe? Z Maćkiem, który dopóki jego dawno zdechły szczur nie zaczął śmierdzieć nie pomyślał, by mu sprzątnąć klatkę? Z Natalie, u której siadając na kanapie przed telewizorem natknęłam się na dobrze już zaschnięte i zwietrzałe kocie wymiociny?
Jestem nikim. Prochem. Małym pikusiem. Bułką z masłem.
Ale proces myślowy już uruchomiłam: jak i gdzie szybko zarobić na białorusinkę albo meksykankę, która będzie po mnie i za mnie sprzątać jak Maria-Manuela za moją pedantyczną acz nie mającą ochoty latać ze ścierą ciotkę?
Już ja coś wymyślę...
Chociaż może lepsze byłoby stwierdzenie, że prowadzę bierny opór. Bierny opór wobec domowego terroru, który ma tutaj miejsce. Domowa przemoc psychiczna. Przemek – terrorysta.
Posprzątać. Poodkurzać. Zmienić pościel. Schować ciuchy do szafy. Dosunąć szufladę, bo majtki wystają. Pozmywać. Wsawać, bo już ósma i kury pieją.
Spoko. Spoko.
No dobra. Ma rację. Jestem bałaganiarą. Chaos to mój stan naturalny. I może przeszkadzać. Rozumiem. Ja wszystko rozumiem. I odrobina mobilizacji jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A mnie zwłaszcza. Ale co on będzie sprzątał jak wyjadę?
Ktoś musi brudzić, żeby sprzątać mógł ktoś !!!
I im bardziej biedak się krząta, im większy robi problem, tym mi gorzej. Tym bardziej strajkuję. Ogarnia mnie niemoc i wzrasta mój bierny opór. Do rozmiarów, o które bym się w życiu sama nie podejrzewała.
Kimże ja w końcu jestem w porównaniu z Marie, u której w pokoju kwitną opakowania po dawno zapomnianych czipsach? W porównaniu z Groszkiem, za którym pełzała patelnia żebrząc, by sobie o niej przypomniał w miesiąc po tym, jak robił na niej jajecznicę? W porównaniu z Basią, która dopóki nie potknęła się o stertę śmieci na środku pokoju, nie wiedziała, że trzeba by ją chociaż przesunąć? Z Vincentem, do którego nigdy nie mam odwagi wybrać się w samych kapciach, bo podłoga przypomina pole minowe? Z Maćkiem, który dopóki jego dawno zdechły szczur nie zaczął śmierdzieć nie pomyślał, by mu sprzątnąć klatkę? Z Natalie, u której siadając na kanapie przed telewizorem natknęłam się na dobrze już zaschnięte i zwietrzałe kocie wymiociny?
Jestem nikim. Prochem. Małym pikusiem. Bułką z masłem.
Ale proces myślowy już uruchomiłam: jak i gdzie szybko zarobić na białorusinkę albo meksykankę, która będzie po mnie i za mnie sprzątać jak Maria-Manuela za moją pedantyczną acz nie mającą ochoty latać ze ścierą ciotkę?
Już ja coś wymyślę...

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home