sobota, grudzień 24, 2005





Awangarde

Eurostar przeteleportował mnie do Londynu. Urządziłam sobie japońską wycieczkę po stolicy: w dwie godziny po najważniejszych zabytkach. W końcu wylądowałam pod Buckingham. Akurat trwała zmiana warty, którą oglądała cała grupa japońskich klonów z przewodnikiem, para Szkotów w podróży poslubnej, gruba amerykańska rodzinka i ja.
Amerykańska pani domu:
- Oh my goodness. It's like Paris.
Szkot obok:
- Only that it's London, m'am...
Hehehe.

Moje pierwsze swięta na obczyźnie. Jakos nie dociera do mnie, że jutro Wigilia.
W Brukseli pada deszcz. A w Bristolu zapowiadają 10 stopni Celcjusza.

Przemek nie powitał mnie na dworcu w Bristolu, bo pomylił godziny mojego przyjazdu. Usmiałam się w duchu do rozpuku, bo wyobrażałam sobie nasze powitanie na dziesięć tysięcy sposobów, ale takiego scenariusza nie przewidziałam. Złosliwosć losu. I ludzie, którzy wciąż i bezustannie zaskakują. Pomimo lat znajomosci i tysięcy beczek wspólnie zjedzonej soli.
Dzięki temu obeszłam sobie kilkakrotnie dookoła bristolskie Broad Quay zastanawiając się intensywnie nad tym, jak w tym miescie złapać taksówkę. W ogóle jakos tak nie z tej strony ulicy. Nie gestem ręki. Nie krzykiem. No więc jak?
Odpowiedź: na litosć.
Zawsze działa. Możecie wierzyć na słowo. W Bristolu, w Nowym Jorku, w Brukseli, w Paryżu i NAWET w Warszawie.

Dotarłam na miejsce i padłam z wrażenia. Swięta w tym roku są awandardowe.
W roli choinki występuje wierzba. Koreańska. Którą Psemcio ukradł po pijaku z jakiegos ogródka działkowego. Przytachał do domu i przez trzy dni sprzątał zwiędłe liscie. Potem nagą odział w zjawiskowo niebieskie lampki, ułożył wokół prezenty dla mnie i... I, ogólnie rzecz biorąc, muszę przyznać, że w towarzystwie awangardowych, czerwonych shag lites po drugiej stronie salonu, wierzba daje bardziej swiąteczny nastrój niż pstrokate, post-sowieckie lampki choinkowe u moich rodziców.

Tak oto upada mit dzieciństwa.
Jak byłam mała bezgranicznie wierzyłam, że te lampki - import prosto z Moskwy - to najpiękniejsze i najbardziej swiąteczne lamki na moim osiedlu. Osiedlu "Uroczysko". W Kielcach.
Były tam bałwanki o zielonych kapeluszach i białych brzuszkach, krasnale - całe czerwone, kominiarze w czarnych cylindrach i mnóstwo kolorowych gwiazdek. Ale to wszystko przeszłosć...
Większosć lampek zgniotłam rok temu jak próbowałam w stanie nietrzeźwym zawiesić je u siebie w pokoju...


Ja to mam talent. Przetrwały dwadziescia lat. I wystarczyło, że ich dotknęłam.

Poza tym, okazało się, ze swięta nie będą takie znowu na obczyźnie. Psemcio, w trosce o umierającego w narodzie ducha, zadbał o wszelkie niezbędne akcesoria. Jednym słowem teleportował się do ojczyzny po niezbędne produkty made in Poland. Magiczny portal znalazł w Bristolu. Wyłożony białymi panelami "Taste of Poland" zwany też "Smak domu" przeniósł go prosto w swiat słoików z musztardą, majonezem kieleckim, żywymi karpiami na kilogramy, nieprzyjazną obsługą, której klienci przeszkadzają w spożyciu kanapek z ogórkiem i długą, agresywną kolejką gotową urządzić publiczny lincz zabłąkanym, niezorientowanym w temacie obcokrajowcom.



Co gorsza, nasz bigos nie żyje.
Psemcio gotował go u sąsiadki piętro niżej. Żeby nie smrodzić w mieszkaniu. I zaoszczędzić na własnych rachunkach.
W efekcie:
garnek został już pochowany ze wszelkimi honorami i na dodatek smierdzi w całym budynku.
I to nie kapustą. Tylko zwęglonym ebonitem. Fuj.
Rzecz warta odnotowania : bigos nie lubi samotnosci.

Wesołych Swiąt!!!

1 Comments:

Anonymous michal said...

majonez kielcecki rządzi

2:32 PM  

Prześlij komentarz

<< Home