
TATAR Z TATARA, czyli jak Ula intensywnie korzystała z ostatniego weekendu w Brukseli
Piątek:
Marie,Ula i Franklin wybierają się do Kota Franklina obejrzeć film.
- Słuchajcie, dziewczyny: wchodzimy, zostawiacie buty w kuchni, biegniemy do pokoju i zamykamy za sobą drzwi. Zrozumiano?
Marie zaczyna chichotać pod nosem. Ja, nieco zdziwiona, przytakuję.
- To ważne - podkresla Franklin, niebezpiecznie wymachując kluczem. Otwiera drzwi i ławą wbijamy się do mikroskopijnej kuchni. W nos uderza zajebisty smród. Mój wzrok pada na cos, co jakis czas temu było zapewne kromką chleba a teraz porosło zielonym futrem i jest na najlepszej drodze do rozwinięcia wysokiej inteligencji. Szybko zrzucam buty, jednym susem skaczę do pokoju i szybko zatrzaskuję za sobą drzwi.
- Franklin, co to było? Ten smród?
- A. To garnki po tym spaghetti, co robiłem miesiąc temu.
- Aaaa.
- I chyba smieci zapomniałem wystawić w zeszłym tygodniu.
- AAAA.
Rozglądam się dookoła.
Kot przedstawia się jak krajobraz po bitwie. Po zajebiscie wielkiej bitwie.
Na każdym fotelu sterta przepoconych po treningach koszulek. Na podłodze dziesiątki walających się brudnych bokserek. Na stole stos opakowań po jogurcie i puste butelki po mineralnej. Płyty kompaktowe. Wszędzie. Góry papieru. I puszki po pomarańczowej Fancie.
- Ula, usiądź, proszę - wskazuje Franklin na hałdę bliżej niezydentyfikowanych obiektów usytuowanych na srodku pokoju. Widząc wielki znak zapytania na mojej twarzy, Franklin nonszalanckim ruchem profesjonalisty burzy zorganizowany chaos wyżej wymienionej hałdy i jak królik z kapelusza, nagle wyłania się spod spodu obrotowe krzesło.
- Aaaa. Dzięki.
Komnata niespodzianek. Taki napis zaproponowałam mu na drzwi wejsciowe...
Za to podłoga w pokoju była tak czysta, że można z niej było bezpiecznie jesć - co też udało nam się zrobić, po tym jak o 2 w nocy Franklin wrócił z szescioma hamburgerami z Quicka...I kurzu, ani ziarenka. NIGDZIE.
Czy to się kwalifikuje do leczenia?
Sobota, godzina 13:
Ola: Biorę kaczkę w sosie prowansalskim. A ty co chcesz?
Ula nie może się zdecydować i obraca w rękach menu w trzech językach, nie będąc w stanie niczego wybrać. W zasadzie Ula nie ma na nic ochoty, ale nie chce urazić Oli, która zaprosiła ją na
lancz.Ula ( z bardzo zblazowaną miną ): Nieee wieeem. Nie mogę się na nic zdecydować.
Ola: Wybrać ci jakąs niespodziankę?
Ula ( podejrzliwie i ostrożnie ): Oh, ok.
Ola: Lubisz wołowinę?
Ula ( rozchmurza się ): No, lubię.
Ola ( do kelnera ) : Monsieur, un canard provencal et un americain frites, s'il vous plait...
W oczach Uli przez moment widać autentyczną panikę, ale Ula szybko się opanowuje i gra swiatowca.
W momencie, kiedy ląduje przed nią wielki kawal mielonej, surowej wołowiny z majonezem, żołądek Uli się zwija w kłębuszek, ale Ula przybiera minę Człowieka, Który Niejedno w Życiu Już Jadł i Widział i dziarsko zabiera się do tatara próbując przy tym nie zgubić wątku romowy.
Parę godzin później:
Tatar leży Uli na żołądku ciężkim kamieniem i ani mysli zejsć.
Wieczorem:
Ula, Magda i Marie sączą przepyszną belgijską blanche w ich ulubionej Cafe Belga. Alkohol szybko trafia pod strzechy.
Leci Depeche Mode i the Peaches. Ula spiewa na całe gardło. Ludzie sobie z lekka baunsują i z zazdroscią patrzą na nasze uprzywilejowane, bo siedzące przy stoliku bohaterki. Jest sympatycznie i wesoło. Ula z Marie dochodzą do wniosku, że poszłyby potańczyć. Wybór pada na miejsce sprawdzone i w okolicy - Barabar.
Magda idzie do domu, Ula i Marie do Barabaru. Niestety, zatopione w niezwykle interesującej konwersacji dotyczącej niechcianych ciąż, Ula i Marie docierają...do koscioła Swiętej Trójcy, czyli jakies dobre parę kilometrów od miejsca przeznaczenia. Niczym nie zrażone,w szampańskich nastrojach i rozbawione własną głupotą uderzają z buta na Uccle, do Barabaru. Widoczny z daleka szyld jest dla nich jak Mekka dla islamskich pielgrzymów, jak studnia dla zagubionych na pustyni, jak chmura wskazująca Żydom drogę do Ziemi Obiecanej. Dopadają go resztką sił z myslą o kolejnej blanche i przytulnym miejscu na parkiecie.
Wielki łysy bramkarz usmiecha się do Uli przyjaźnie i otwiera przed nią drzwi. I zamyka je zaraz przed nosem Marie.
- Pani ma za szerokie spodnie.
Marie: Słucham?
- I trampki na nogach
Marie, całkiem zbita z tropu: ????
- No. To jest Barabar, droga pani, trzeba jakos wyglądać. Postarać się chociaż trochę.
Marie stoi osłupiała.
Ula, zupełnie zdezorientowana, zaczyna się smiać.
Ula: Wchodź, Marie. Pan się z ciebie zbija.
Po czym pan, żeby pokazać, że się nie zbija, znowu zamyka przed Marie drzwi.
Przez piętnascie minut, całą drogę z knajpy do Marie,obrzucałysmy jebaków przekleństwami.
Ula ze scisniętym sercem, pożegnała Marie i ruszyła w kierunku swojego zamczyska przy 85, rue Greyson. Po pięciu minutach marszu, Ula zorientowała się, że nie tylko serce ma scisnięte. Żołądek też. A zorientowała się w momencie, kiedy żołądek gwałtownie się rozkurczył i kiedy przechylona przez rzeźbioną kamienną barierkę Ula, rzuciła pięknym pawiem w starannie utrzymany ogród La Cambre, mając szczerą nadzieję, że na znajdującej się w dole rzeżbionej, kamiennej ławeczce nie spi i nie sni jakis polski bezdomny. Byłoby doprawdy nieładnie.
Niedziela:
Ula trenuje wyscig z czasem na dystansie łóżko-kibel. Po 12 godzinach ćwiczeń, Ula ustanawia swój rekord stawiając się w pełnym pogotowiu nad sedesem już w 10 sekund po zwleczeniu się z wyrka. Parktyka czyni mistrza.
Taki to wesoły, ostatni weekend w Brukseli miała Ula.
Eh, życie, życie...jak pudełko czekoladek...
Chyba z Tatara był ten tatar, orzekł przytomnie Klopot. I tym się pocieszam.