wtorek, lutego 28, 2006


Nauka, która nie pójdzie w las

Miniony weekend nauczył mnie wielu pożytecznych rzeczy.

Pierwszą rzeczą było to, że prawdziwa przyjaźń istnieje tylko między mężczyznami.
Byłaby to bardzo smutna konstatacja, bo nie jestem mężczyzną, ale na szczęscie istnieje kilka wyjątków dla tej szowinistycznej reguły.
Pierwszym wyjątkiem jest to, że istnieje prawdziwa przyjaźń między kobietami i gejami. Znam z doswiadczenia i wielce sobie cenię.
Drugim wyjątkiem jest prawdziwa przyjaźń pomiędzy kobietami. Oparta na innych zasadach i wartosciach niż ta pomiędzy mężczyznami, ale wcele nie mniej prawdziwa. Co więcej, może nawet prawdziwsza, bo nigdy nie oparta na wzajemnej pobłażliwosci, a takie relacje często widzę między przedstawicielami płci brzydszej, czyli męskiej.
Trzecim wyjątkiem jest przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną, których łączą więzi krwi, ale nie skłonnosci kazirodcze. I tę również mam w wysokiej estymie.

Jednym słowem: gówno. Merde. Bullshit.

Następny, tak zwany prawdziwy facet, który wyciągnie przy mnie fujarę, uderzy nią o stół i uważając ją za argument najcięższego kalibru i największej wagi, stwierdzi autorytatywnie COKOLWIEK lub będzie o czyms przekonany siłą swojego Fredzia - ma w paszczę. Moim lewym cyckiem. Tudzież prawym jajnikiem. Bo moje cycki i jajniki to równie dobre argumenty, co wielki fiut. A w tym kraju mamy tak idealne równouprawnienie, że nawet rzecznik do spraw równego statusu jest nam niepotrzebny, więc chyba nie muszę dalszej logiki wyjasniać.

Miniony weekend pomógł mi również w zdiagnozowaniu, na czym polega mój życiowy problem.
Polega on na tym, że do wszystkiego podchodzę w sposób zbyt emocjonalny ( to podobno kobieca cecha ) i ambicjonalny ( to, jak twierdzą, męska cecha ).
Mój ginekolog, który nie tylko dał mi pierwszego i jedynego klapsa w moim życiu na kieleckiej porodówce, ale również przepisał mi pierwsze tabletki antykoncepcyjne, ma zwyczaj mawiać, gdy zwierzam się ze swych problemów: po pierwszej ciąży ci przejdzie. Tyle, że takowej w przewidywalnej przyszłosci nie planuję. Wobec tego, chwilowo, ja i swiat musimy sobie jakos z tym moim problemem radzić. Kurwa. Wierzcie mi i swiatu, nie jest łatwo.

środa, lutego 22, 2006

Nostradamus, czyli jak Michał został wróżką

Bardzo mnie bawiło, że z nieodłącznej torebki mojej belgijskiej kumpelki wystawała zawsze jakas książka z cyklu "psychologii popularnej". Mam tu na mysli smęty pod hasłem "Mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus" albo "Women who love too much". Zresztą, sama czytająca, czyli moja ukochana Anne Marie, traktowała te lektury z dystansem nieco się z nich podsmiewając. A ja tylko raz, w knajpie o uroczej nazwie Delirium Tremens, sięgnęłam po jakąs fascynującą pozycję, którą akurat Anne Marie miała przy sobie, aby wypełnić jakos pustkę po tym, jak moja współpijąca na moment zniknęła w toalecie. I usmiałam się jak norka przy lekturze trzech stron wstępu.

A stało tam o tym jak to panowie traktują każdą pojawiającą się na ich drodze trudnosć jako wyzwanie, zadanie do rozwiązania i możliwosć sprawdzenia się. Zas panie, te istoty z Wenus, w sytuacjach trudnych potrzebują współczucia i zrozumienia, potrzebują być wysłuchane w milczeniu i nawet rad nie potrzebują tylko tej uwagi i kiwania głową ze zrozumieniem własnie.

Usmiałam się wtedy, bo pomyslałam o moim ojcu, ktory gdyby nie twarde jaja mojej matki dawno zginąłby przytłoczony ciężarem rzeczywistosci. Mimo swego prącia. Ciągle czynnego i nielichych rozmiarów, jak kiedys w przypływie szczerosci wyznała mi Mama Z Jajami. Dodam, że w momencie, gdy mi to wyznała już od dawna byłam pełnoletnia. I po tak zwanych przejsciach. Żeby nie było.

Słowa z tej "psychologii popularnej" stanęły mi znów przed oczami tydzień temu. Siedziałam nad kokosowym latte, na przeciwko Michała, w kieleckiej kafejce i jęczałam, i miauczałam jak to tylko ja potrafię, że jestem BEZDOMNA i nie mam gdzie się zahaczyć w Wawie. Michał nie stanął wówczas na wysokosci męskiego zadania, bo to w końcu nie jego rola wobec wieloletniej kumpeli i nie pokiwał ze zrozumieniem głową. Co mnie bardzo wyprowadziło z równowagi. Rzecz jasna. I zrozumiała.
Ku własnej rozpaczy usłyszałam jedynie:
a) dasz sobie radę
b) znajdziesz cos
c) czy jak już znajdziesz to mogę przyjechać?
d) twarda jestes
e) cos wymyslisz
f) ty to masz szczęscie w życiu
W moich oczach zabrakło mu tylko szklanej kuli, talii kart i czarnego kota. I słów: widzę, przyszłosć widzę...jasną...No i nie skasował na koniec seansu stówy jak szanująca się wróżka.

W trzy dni po tym wydarzeniu i jednym ważnym telefonie zza oceanu siedzę sobie w chacie, jaka mi się na tym etapie mojego życia nawet nie marzyła. Samo centrum stolicy; przystojni ochroniarze w bonusie; szesćdziesiąt metrów kwadratowych; wanna, w której mogę pływać; łóżko, w którym dałabym radę się zgubić; zmywareczka w kuchni; balkon w sam raz na grilla; internet działający po nocnej interwencji Pewnego-Niezastąpionego-i-Technologicznie-Inteligentnego-Prawie-Sąsiada - wszystko nowiutkie i bielusieńkie po mojej czterogodzinnej walce ze scierą w ręce. I na dodatek wszystko tylko i wyłącznie do mojej dyspozycji. Na pewien dłuższy czas.

Komentarz Michała:
czyli, że zjawię się w piątek.

A niechaj i tak będzie. Przepowiednia się sprawdziła. Z tej okazji zapraszam więc wszystkich zainteresowanych do składania mi wizyt w ten weekend na Nowogrodzkiej. Dokładny dzień i godzina bez większego znaczenia. Już my się tu nudzić nie będziemy.

piątek, lutego 17, 2006

Chciałam zauważyć, że ....
1. nie znoszę anonimów
2. ale nie ma to większego znaczenia, bo daję temu blogowi jeszcze miesiąc żywota
3. a potem się zastanowię.
4. moi rodzice to swięci ludzie, że ze mną wytrzymują
5. chujowo pali się szlugi przez wywietrznik w łazience
6. moja ulubiona kocica osikała mi rękawiczki, więc mi ręce skostniały
7. jadę do Wawy w niedzielę
8. jak mnie nie przygarnie na chociaż tydzień moja siostra cioteczna, to pozostanie mi rozłożyć sobie karton pod poniatoszczakiem ( więc, Misiek, przyjeżdżaj - a co tam - drugi się na pewno jakos znajdzie i własnoręcznie, w imię goscinnosci, rozłożę ci go obok )
9. gorzej mi
10. co widać
A kafejka, w której siedzę smierdzi całonocną grą w RPGi jakiegos stada kieleckich licealistów. Fuj.

sobota, lutego 11, 2006

Bon bin, c'est parti ...

No i tak. Wyjeżdżam. Za parę godzin. Powrót do Krainy Wiecznych Sniegów. Ah, yo.

Rzecz nie napawa mnie optymizmem, wyznaję szczerze.
Ale nie napawa mnie nim również siedzenie na spakowanych już walizkach. Chciałabym tak jak u dentysty: szybko i bezbolesnie. Stanowczo. Ale się nie da.

Jestem zbyt zdenerwowana i przygnębiona, żeby opowiadać jak upłynęły mi ostatnie dni. A mijały na przemian: z usmiechem i placzem na ustach, tudzież w kącikach oczu.

Ach, yo. Koniec tropikalnych wakacji. Jest plus 10 na termometrze...

wtorek, lutego 07, 2006

Aneks do notki z 19.01.2006, czyli cenzura we współczesnych mediach

No i proszę, serwer belgijski, portal amerykański, autor z Polski a tu jednak...
Magda poprosiła mnie o usunięcie z notki z 19.01 jej zdjęcia. Jej życzeniu staje się zadosć. Postanowiłam się auto-ocenzurować, ponieważ rozumiem, że mogła się poczuć urażona i nie chciałabym, aby z tego powodu zaatakowała ambasadę jakiegokolwiek kraju, urządzała publiczne demonstracje lub bojkotowała duńskie produkty mleczarskie. No, nie chciałabym. Naprawdę.

Jestem zwolennikiem pokoju na swiecie, chociaż chyba nie zasady, że ja ustąpię krok a ty ustąpisz dwa.
Dlatego, aby reszta z Was nie poczuła się skrzywdzona faktem, że bez zdjęcia może być trudno wyobrazić sobie jak na sucho wygląda demonstracja Polskiego Studenta Na Zagranicznym Stypendium, postanowiłam ową demonstrację rozrysować.
I aby zapobiec eskalacji konfliktu, czyli uciec od roli, jaką udało się odegrać egipskiemu ministrowi spraw zagranicznych, dla niepoznaki przemalowałam demonstrującej włosy na rudo i zawiesiłam jej nad głową półkę z książkami, czyli niezbędny element w mieszkaniu każdego szanującego się inteligenta.
W ramach wyjasnienia, które może - acz niesłusznie - być mi poczytane za złosliwosć, chciałam jeszcze dodać, że nie znoszę jak ktos potrafi smiać się ze wszystkiego, tylko nie z siebie. To swiadczy o poważnej wyrwie w poczuciu humoru. Jesli już w ogóle nie o jego braku.
Wybaczcie, że rysunek nie jest na najwyższym poziomie, ale podobno komiks z Mahometem też nie był. Poza tym, ja się dopiero uczę.
Tak więc oto Rysunek Uli Obrazujący Demonstrację Tego, Jak Wygląda Polski Student na Zagranicznym Stypendium:


niedziela, lutego 05, 2006


TATAR Z TATARA, czyli jak Ula intensywnie korzystała z ostatniego weekendu w Brukseli

Piątek:
Marie,Ula i Franklin wybierają się do Kota Franklina obejrzeć film.
- Słuchajcie, dziewczyny: wchodzimy, zostawiacie buty w kuchni, biegniemy do pokoju i zamykamy za sobą drzwi. Zrozumiano?
Marie zaczyna chichotać pod nosem. Ja, nieco zdziwiona, przytakuję.
- To ważne - podkresla Franklin, niebezpiecznie wymachując kluczem. Otwiera drzwi i ławą wbijamy się do mikroskopijnej kuchni. W nos uderza zajebisty smród. Mój wzrok pada na cos, co jakis czas temu było zapewne kromką chleba a teraz porosło zielonym futrem i jest na najlepszej drodze do rozwinięcia wysokiej inteligencji. Szybko zrzucam buty, jednym susem skaczę do pokoju i szybko zatrzaskuję za sobą drzwi.
- Franklin, co to było? Ten smród?
- A. To garnki po tym spaghetti, co robiłem miesiąc temu.
- Aaaa.
- I chyba smieci zapomniałem wystawić w zeszłym tygodniu.
- AAAA.
Rozglądam się dookoła.
Kot przedstawia się jak krajobraz po bitwie. Po zajebiscie wielkiej bitwie.
Na każdym fotelu sterta przepoconych po treningach koszulek. Na podłodze dziesiątki walających się brudnych bokserek. Na stole stos opakowań po jogurcie i puste butelki po mineralnej. Płyty kompaktowe. Wszędzie. Góry papieru. I puszki po pomarańczowej Fancie.
- Ula, usiądź, proszę - wskazuje Franklin na hałdę bliżej niezydentyfikowanych obiektów usytuowanych na srodku pokoju. Widząc wielki znak zapytania na mojej twarzy, Franklin nonszalanckim ruchem profesjonalisty burzy zorganizowany chaos wyżej wymienionej hałdy i jak królik z kapelusza, nagle wyłania się spod spodu obrotowe krzesło.
- Aaaa. Dzięki.
Komnata niespodzianek. Taki napis zaproponowałam mu na drzwi wejsciowe...
Za to podłoga w pokoju była tak czysta, że można z niej było bezpiecznie jesć - co też udało nam się zrobić, po tym jak o 2 w nocy Franklin wrócił z szescioma hamburgerami z Quicka...I kurzu, ani ziarenka. NIGDZIE.
Czy to się kwalifikuje do leczenia?

Sobota, godzina 13:
Ola: Biorę kaczkę w sosie prowansalskim. A ty co chcesz?
Ula nie może się zdecydować i obraca w rękach menu w trzech językach, nie będąc w stanie niczego wybrać. W zasadzie Ula nie ma na nic ochoty, ale nie chce urazić Oli, która zaprosiła ją na lancz.
Ula ( z bardzo zblazowaną miną ): Nieee wieeem. Nie mogę się na nic zdecydować.
Ola: Wybrać ci jakąs niespodziankę?
Ula ( podejrzliwie i ostrożnie ): Oh, ok.
Ola: Lubisz wołowinę?
Ula ( rozchmurza się ): No, lubię.
Ola ( do kelnera ) : Monsieur, un canard provencal et un americain frites, s'il vous plait...
W oczach Uli przez moment widać autentyczną panikę, ale Ula szybko się opanowuje i gra swiatowca.
W momencie, kiedy ląduje przed nią wielki kawal mielonej, surowej wołowiny z majonezem, żołądek Uli się zwija w kłębuszek, ale Ula przybiera minę Człowieka, Który Niejedno w Życiu Już Jadł i Widział i dziarsko zabiera się do tatara próbując przy tym nie zgubić wątku romowy.

Parę godzin później:
Tatar leży Uli na żołądku ciężkim kamieniem i ani mysli zejsć.

Wieczorem:
Ula, Magda i Marie sączą przepyszną belgijską blanche w ich ulubionej Cafe Belga. Alkohol szybko trafia pod strzechy.
Leci Depeche Mode i the Peaches. Ula spiewa na całe gardło. Ludzie sobie z lekka baunsują i z zazdroscią patrzą na nasze uprzywilejowane, bo siedzące przy stoliku bohaterki. Jest sympatycznie i wesoło. Ula z Marie dochodzą do wniosku, że poszłyby potańczyć. Wybór pada na miejsce sprawdzone i w okolicy - Barabar.
Magda idzie do domu, Ula i Marie do Barabaru. Niestety, zatopione w niezwykle interesującej konwersacji dotyczącej niechcianych ciąż, Ula i Marie docierają...do koscioła Swiętej Trójcy, czyli jakies dobre parę kilometrów od miejsca przeznaczenia. Niczym nie zrażone,w szampańskich nastrojach i rozbawione własną głupotą uderzają z buta na Uccle, do Barabaru. Widoczny z daleka szyld jest dla nich jak Mekka dla islamskich pielgrzymów, jak studnia dla zagubionych na pustyni, jak chmura wskazująca Żydom drogę do Ziemi Obiecanej. Dopadają go resztką sił z myslą o kolejnej blanche i przytulnym miejscu na parkiecie.
Wielki łysy bramkarz usmiecha się do Uli przyjaźnie i otwiera przed nią drzwi. I zamyka je zaraz przed nosem Marie.
- Pani ma za szerokie spodnie.
Marie: Słucham?
- I trampki na nogach
Marie, całkiem zbita z tropu: ????
- No. To jest Barabar, droga pani, trzeba jakos wyglądać. Postarać się chociaż trochę.
Marie stoi osłupiała.
Ula, zupełnie zdezorientowana, zaczyna się smiać.
Ula: Wchodź, Marie. Pan się z ciebie zbija.
Po czym pan, żeby pokazać, że się nie zbija, znowu zamyka przed Marie drzwi.
Przez piętnascie minut, całą drogę z knajpy do Marie,obrzucałysmy jebaków przekleństwami.
Ula ze scisniętym sercem, pożegnała Marie i ruszyła w kierunku swojego zamczyska przy 85, rue Greyson. Po pięciu minutach marszu, Ula zorientowała się, że nie tylko serce ma scisnięte. Żołądek też. A zorientowała się w momencie, kiedy żołądek gwałtownie się rozkurczył i kiedy przechylona przez rzeźbioną kamienną barierkę Ula, rzuciła pięknym pawiem w starannie utrzymany ogród La Cambre, mając szczerą nadzieję, że na znajdującej się w dole rzeżbionej, kamiennej ławeczce nie spi i nie sni jakis polski bezdomny. Byłoby doprawdy nieładnie.

Niedziela:
Ula trenuje wyscig z czasem na dystansie łóżko-kibel. Po 12 godzinach ćwiczeń, Ula ustanawia swój rekord stawiając się w pełnym pogotowiu nad sedesem już w 10 sekund po zwleczeniu się z wyrka. Parktyka czyni mistrza.

Taki to wesoły, ostatni weekend w Brukseli miała Ula.
Eh, życie, życie...jak pudełko czekoladek...

Chyba z Tatara był ten tatar, orzekł przytomnie Klopot. I tym się pocieszam.

wtorek, stycznia 31, 2006



WYPADKI CHODZĄ PO LUDZIACH

Tak, tak.
Wpadłam niedawno w Brukseli na koleżankę z ... konnego obozu sportowego w Pińczowie. Warto dodać, że miałam 13 lat, jak w nim uczestniczyłam.
Nie wiem, jakim cudem żesmy jedna drugą rozpoznały, ale się udało. Może dlatego, że obie jestesmy typami, które raczej zapadają w pamięć. Khe, khm. No i mieszkałysmy razem w pokoju. Hihihihi.
Wylądowałysmy ostatecznie na kawie. To znaczy, na soku z mango i arbuza. I, jak to mawiają, żesmy se pogadały. Wcale nie o starych, dobrych czasach, bo dla Oli ów obóz sportowy zakończył się traumatycznymi przeżyciami związanymi z końmi a dla mnie czteroletnią konną przygodą.
Ola, po studiach w Londynie, trafiła do brukselskiego oddziału Friends of the Earth i z ogromną pasją opowiadała mi o REACHu, który opracowali i który ostatecznie przyjął w zeszłym tygodniu Parlament Europejski. Nie pamiętam o czym z pasją opowiadałam ja, ale ostatecznie rozmowa zeszła na Brukselę i Belgię. Oczywiscie.
I tak siedziałam sobie na przeciwko niej, słuchałam i doszłam do wniosku, że może i przebywamy w tym samym miescie od jakiegos już czasu, ale znamy zupełnie inne dwa. Dwa miasta. I kraje.
Ola obraca się w swojej, jakże z resztą przyjemnej, bańce mydlanej międzynarodowych urzędników i funkcjonariuszy.I od początku swojego pobytu w Brukseli, to jest od kwietnia 2005, poznała...jednego Belga. Który z resztą jest jakims tam asystentem gdzies tam.
Ola była zaskoczona, jak się ode mnie dowiedziała, że Belgia jest federacją. I że Bruksela to, przede wszystkim, stolica Flandrii. Ola twierdzi, że w Brukseli co prawda dobrze się pracuje, ale że to takie nudne i brzydkie miasto.
Pewnie, cooorvah mutch, że brzydkie. Oli nigdy się nie chciało sprawdzić, co jest za rogiem ulicy, przy której mieszka. A jest tam prawdziwa brukselska cafe z XIX wieku. Ze stolikami z giętego metalu, secesyjną ceramiką na scianach, rzeżbioną balustradą przy krętych schodach i oknami z kolorowego szkła.
I Ola zapewne nigdy nie pomyslała, żeby przejsć się do informacji turystycznej i z ulotką o "art nouveau" odszukać wsród setek szarawych budynków, secesyjnych kamieniczek o okrągłych balkonach i misternie plecionych, rzeżbionych okuciach nad drzwiami. I pewnie nie przyszło jej do głowy, że Horta, to cos więcej niż nazwa stacji metra, na której co dzień wysiada.
Jak zaprowadziłam ją do kafejki, gdzie "do kotleta" a raczej "do lait russe" odbywają się przedstawienia teatrzyku kukiełkowego, Ola stwierdziła tylko "wow".
I ja jej za to absolutnie nie winię. Szkoda tylko, że to opinia takich jak Ola jest najbardziej rozpowszechniona.

Poza tym, stałam w poniedziałek rano przed wejsciem do Parlamentu Europejskiego i czekałam, aż Anja załatwi dla mnie obowiązkowy "badge", żeby mnie wpuscili. Stałam i przyglądałam się wędrówce ludów:
dziesiątki ludzi wysiadały z walizkami z taksówek, autobusów z lotniska i pociągów. I razem z tymi walizkami te dziesiątki ładowały się prosto do Parlamentu rozpocząć nowy tydzień pracy. Po to, by w piątek rano, a najpóżniej popołudnie, załadować się znów do taksówek, autobusów na lotnisko i pociągów i powrócić na weekend do rodzinnych państw i miast. Jak oni mają to miasto docenić? Pewnie nawet nie próbują. Bo i po co. W Brukseli się pracuje a nie żyje i mieszka.
Otóż, proszę Państwa, żyje się i mieszka. Całkiem miło i normalnie.

Tak własnie sobie pomyslałam siedząc w grupie 15 młodych, rozesmianych Belgów, którzy żegnali wyjeżdżającego na Erazmusa Benjamina.
I nawet jesli wyląduję kiedys wewnątrz tej mydlanej bańki, to przynajmniej będę wiedzieć, co zostało na zewnątrz. O.